Przekleństwo postępu

sobota, 28 kwietnia .2012, 23:55

Jesień nadeszła tego roku niespodziewanie. Jeszcze poprzedniego dnia można było rozkoszować się pełnią lata i, popijając lemoniadę, wygrzewać się na hamaku. Natomiast, gdy Monika obudziła się pierwszego września na dźwięk niemiłosiernie wydzierającego się budzika-koguta, ze zdumieniem odkryła, że trawa w ogrodzie przyprószona jest szronem. Promienie słońca mieniły się w porannej, niskiej mgle. I choć hortensje pod oknem jeszcze nie przekwitły, a żywopłot wciąż cieszył oko zielenią, wszystko to przypominało Monice o nieuniknionym końcu wakacji.
Cieszyło ją to, a zarazem niepokoiło. Napełniało nieokreślonym lękiem. Coś, co jeszcze niedawno było wytworem wyobraźni, już za kilka godzin miało stać się rzeczywistością.
Kolejne trzy kwadranse upłynęły na zwykłym, porannym zamieszaniu, dzisiaj dodatkowo urozmaiconym poprzez dorzucanie do kufra Moniki kolejnych rzeczy. Babcia starała się, żeby wszystko w nim było ułożone jak od linijki. Nie bardzo jej to wychodziło. Skapitulowała dopiero wtedy, gdy jedno z pospiesznie wrzuconych przez Monikę pudełek otwarło się i wysypały się z niego Karty z Czekoladowych Żab oraz kilka zapakowanych jeszcze przysmaków dla sów. Harmider natychmiast porwał jeden z nich i na kuchennym blacie zaczął zawzięcie targać folię, aby dobrać się do swojej ulubionej przekąski.
- Na twoim miejscu byłabym ostrożniejsza - ostrzegła wnuczkę Petunia Dursley. - Czasami coś może wybuchnąć.
Monika nie zdążyła zapytać skąd babcia ma taką wiedzę, bo rozległo się potężne łomotanie do drzwi.
- To pewnie Dedalus - oznajmił tata i natychmiast wyszedł do przedpokoju.
Monika pobiegła za nim. Strasznie była ciekawa jak wygląda ten ekscentryczny jegomość, o którym tyle słyszała.
- Dedalusie, ile razy Hestia mówiła ci, że do niemagicznych domów się dzwoni a nie puka? - powitał gościa Dudley Dursley. - Miło cię widzieć... Po tylu latach... I co ty masz na sobie?
- Wpuść mnie lepiej, zamiast tyle gadać - zaśmiał się przybyły mężczyzna. - Wyciągnąłeś się, schudłeś chyba z pięćdziesiąt kilogramów...
Ojciec w końcu się przesunął, aby wpuścić gościa do środka. Był to niski, szczupły jegomość, o krzaczastej brodzie gołębiej barwy. Spod fioletowej spiczastej tiary wystawały równie siwe, kręcone włosy. Ubrany był w długą szatę czarodzieja w kolorze dojrzewającej śliwki, przepasanej pasem w złote gwiazdy. Wyglądał... nietuzinkowo.
- Dedalus Diggle - przedstawił się czarodziej, wyciągając dłoń w stronę Moniki. - Panna Dursley, jak przypuszczam.
Zmierzył ją badawczym spojrzeniem jasnobrązowych oczu. Dziewczynka skinęła głową.
- Monika - szepnęła.
- Już tyle razy musiałem ewakuować kogoś z tego domu, że to dla mnie nic dziwnego.
- Mam nadzieję, Dedalusie, że tym razem nie będzie to ewakuacja. - W przedpokoju pojawiła się babcia.
- Petunia Dursley! - ucieszył się pan Diggle. - Oczywiście, że nie. Tym razem będzie to spokojne odstawienie dziecka na pociąg do szkoły. Przejedziesz się z nami, prawda?
- Chodź Dedalusie. Przedstawię ci moją żonę - wtrącił się tata.
Choć Melody Dursley bardzo żałowała, nie mogła odprowadzić córki na peron 9 i 3/4. W jej szkole rozpoczęcie roku również było o jedenastej. Umieściła Harmidra w klatce i pogłaskała po główce:
- Będziesz jej pilnował, prawda?
Puszczy pieszczotliwie dziobnął swoją ulubienicę, jakby tym samym składał solenną obietnicę, że właśnie tak zrobi.
Klatka została zamknięta, a Melody Dursley zajęła się córką. Zupełnie niepotrzebnie poprawiła jej kołnierzyk i płaszczyk, w który dziewczynka już zdążyła założyć. Żadna z nich nie wiedziała co powiedzieć. Była to jedna z tych chwil, w których brakuje słów lub... wcale ich nie potrzeba. Patrzyły w swoje niebieskie oczy i wiedziały wszystko. Zobaczyły troskę i strach przed rozstaniem.
- Cóż, dbaj o siebie, kochanie - westchnęła w końcu mama. - Ucz się pilnie i pisz do nas przynajmniej raz w tygodniu.
- Ty też uważaj na siebie - odparła Monika, dzielnie siląc się na uśmiech.
Chwilę później machała już mamie na pożegnanie, siedząc na tylnym siedzeniu samochodu.
- Ile tutaj światełek - zagadnął Dedalus Diggle, wskazując na deskę rozdzielczą, gdy jechali wąskimi ulicami hrabstwa Surrey. - Kiedyś tylu nie było.
- Niczego nie dotykaj - upomniał go tata. - Technika poszła do przodu - dodał, włączając prawy kierunkowskaz.
- Czarodzieje nadal nie przekonali się do samochodów? - zapytała kwaśno babcia.
Tacie i panu Diggle’owi jakoś udało się ją namówić, aby wraz z nimi odwiozła wnuczkę na pociąg do Hogwartu.
- Wolimy miotły. Nie trzeba stać w tych waszych śmiesznych korkach.
- I pewnie jest mniej wypadków - dodała babcia, gdy minął ich jakiś rozpędzony motocykl.
- Oj, wypadki zdarzają się we wszystkich środkach transportu. - Dedalus Diggle wesołym tonem przerwał chwilę milczenia, która zapadła po jej pytaniu. - Zwykle odbywa się to bez większego echa. Największa sprawa była piętnaście lat temu. Taak... Niektórzy nawet zastanawiali się wtedy czy miotły nie powinny nam służyć tylko do gry w quidditcha. A z quidditchem to też ciekawa sprawa. Armaty z Chudley od kilku sezonów coraz lepiej sobie poczynają. Zaraz po wojnie, nagle z ostatniego miejsca w tabeli podskoczyli na czwarte, otarły się o podium, tylko dwudziestu punktów im zabrakło. Za to w tym roku tak bezczelnie sobie poczynały, że dopiero Katapulty położyły kres ich potędze. Zostali wicemistrzami.
Monika patrzyła na niego jakby spadł z księżyca. Zupełnie nie rozumiała, o czym on mówi...
- Zdumiewające, nieprawdaż? - zapytał pan Diggle, gdy odwróciwszy się napotkał jej spojrzenia.
- Zdaje się, że dla mojej córki co innego jest zaskoczeniem - odezwał się Dudley Dursley, zerkając w wewnętrzne lusterko. - Nie zapominaj Dedalusie, że my jesteśmy... Jak wy to określacie.... Mugolami... Niewiele wiemy o świecie magii...
- No... Aż tak zieloni to wy nie jesteście - zaśmiał się pan Diggle. - Prawda, Petunio?
- Co to jest quidditch? - zapytała Monika, zanim babcia zdążyła wymyślić odpowiedź.
Czarodziej się rozpromienił:
- Fascynująca gra! - wykrzyknął. - Gra się w nią właśnie na miotłach! Każda drużyna ma siedmiu graczy, którzy uganiają się za dwoma piłkami, a dwóch starają się unikać. Sama zobaczysz w Hogwarcie. Co roku są rozgrywki między domami o Puchar Quidditcha. Fascynujące! Naprawdę fascynujące! Ale jak Armaty zdobędą kiedyś Mistrzostwo Ligii to przysięgam, że wystrzelę cały mój zapas sztucznych ogni.
- Taak. I znowu w naszych wiadomościach będą mówili o deszczu meteorytów w Kencie - skwitował tata. - Dziewiętnaście lat temu Hestia wypominała ci to przy każdej większej sprzeczce.
- O nie, z produktami Filibustera już skończyłem - powiedział nieco oburzony pan Diggle. - Teraz używam sztucznych ogni Weasleyów. Mówię wam, jakie mają kształty... Smoki, feniksy...
Pomału opuszczali przedmieścia Londynu. Mijane domy stawały się wyższe, zastępowały je stare kamienice. Ruch na drodze wzmagał się. Wkrótce ich oczom ukazała się nieco przybrudzona fasada dworca King's Cross.
- A jak tam u was z teleportacją? - zapytał Dudley Dursley, gdy w końcu znalazł wolne miejsce parkingowe i zabrał się za bezpieczne umieszczanie kufra córki na wózku bagażowym. - Pamiętam to śmieszne uczucie, gdy przenosiliście nas w ten sposób z całym samochodem.
- Teleportacja wyszła ostatnio z mody - oznajmił czarodziej. - Jakiś młody uzdrowiciel odkrył, że nadmierne jej używanie może mieć negatywne skutki dla zdrowia. Wprowadzono dziwne obostrzenia... Badania co roku, trudne testy, starszym z nas w ogóle się tego zabrania bez uzasadnionej konieczności. Lepiej już korzystać z sieci Fiuu...
- I przy okazji demolować cudze salony - uzupełniła zgryźliwie babcia.
- Petunio, weź sowę - pan Diggle zupełnie się tym nie przejął. - Im szybciej znajdziemy się na peronie 9 i 3/4, tym lepiej.
Ludzie mijali ich w pośpiechu, zdążając w kierunku nowoczesnych zajeżdżających na perony. Żegnali się ze sobą, witali wracających... Nie zwracali uwagi na nic, poza celem podróży. Jakby liczyły się dla nich tylko ich własne zamierzenia, a drugi człowiek był nic nie znaczącym przedmiotem.
Dedalus Diggle zatrzymał się dopiero między peronem dziewiątym, a dziesiątym i wskazał solidnie wyglądającą kolumnę z brudnej, brązowej cegły:
- Zapraszam - powiedział.
- Co takiego? - zapytała nieco zdezorientowana Monika.
- Ach, no tak - czarodziej podrapał się po karku. - Żeby dostać się na pociąg do Hogwartu, musisz przejść przez tę ścianę.
Z drugiej strony nadeszła akurat jakaś ruda kobieta, z córką, wyglądającą na trochę starszą od Moniki. Obie rozejrzały się dyskretnie na wszystkie strony i skierowały wózek bagażowy z ogromnym kufrem i koszykiem do przewozu kotów na ścianę. Zaledwie do niej się zbliżyły, jakby rozpłynęły się w powietrzu. Nikt nie zwrócił uwagi na to nagłe zniknięcie. Być może dlatego, że na tor obok, akurat wjechał pociąg do Cambridge i większość ludzi rzuciła się, aby na niego wsiąść.
- Teraz ty - ponaglił Monikę Dedalus Diggle. - Zanim ktokolwiek zorientuje się, że tym miejscu znikają różne osoby. W ostatnich czasach mugole mają nieznośną tendencję do badania wszystkiego co zachowuje się nie tak jak powinno. My za tobą.
Perspektywa przeniknięcia przez ścianę Monice nie specjalnie się podobała. Skrzywiła się nieznacznie, ale wzięła od taty wózek ze swoim bagażem i ustawiła go dokładnie na środek. Najwyżej to on rozbije się na ceglanym murze.
Pan Diggle uśmiechnął się do niej zachęcająco i uniósł kciuk w górę. Zamknęła oczy i bardzo powoli ruszyła przed siebie. Przyspieszała coraz bardziej w miarę zbliżania się do domniemanego przejścia, a serce tłukło się w jej piersi jak oszalałe.
W jej chwili usłyszała dziwny świst, łoskot spadającego kufra i czyjś stłumiony jęk.
- Mówiłem ci, Ronaldzie, że to nie jest odpowiednie miejsce do oczekiwania na White.
Monika otworzyła oczy. Nie rozbiła się na ścianie. Znajdowała się na innym peronie, bardzo starym sądząc po secesyjnych lampach i ławkach. Pełno było tutaj ludzi w staromodnych strojach. Wśród szumów głosów dało się słyszeć miauczenie kotów i pohukiwania sów.
Czarnowłosy chłopak z figlarnym błyskiem w brązowych oczach przesunął nogami jej kufer i pozbierał się z ziemi.
- Gdzie indziej jej nie spotkamy - odpowiedział mu drugi, również brunet, o śniadej cerze, zupełnie ignorując oniemiała Monikę. - A jeszcze raz powiesz do mnie Ronald to ci...
- James! Ron! - Tuż obok nich pojawiła się smukła dziewczyna o blond włosach sięgających do pasa. Jej błękitne oczy miotały w chłopców piorunami. - Ciocia Orla nie będzie zadowolona jak się dowie, że znów szukacie guza. Macie natychmiast iść do rodziców.
Zmierzyła wzrokiem Monikę.
- Przepraszam. Oni tak zawsze - powiedziała.
Wyjęła z wewnętrznej kieszeni jasnoniebieskiego żakietu różdżkę, wypowiedziała kilka dziwnych słów, kufer Moniki uniósł się w górę i z powrotem wylądował na wózku bagażowym.
- Owocnego semestru - rzuciła na odchodne. Złapała chłopców za karki i popchnęła w tłum kłębiących się na peronie czarodziejów. W tym samym momencie za Moniką pojawili się jej towarzysze. Babcia rozejrzała się zaciskając wargi:
- Nie byłam tutaj od dziecka - powiedziała.
- I lepiej się przesuń Petunio, bo jeszcze ktoś wjedzie ci wózkiem w tyłek - powiedział Dedalus Diggle, odciągając ją na bok. - Chyba musimy znaleźć Monice wygodne miejsce.
Czerwony pociąg z parową lokomotywą wyglądał bardzo zachęcająco. Szkoda, że mama nie mogła tego widzieć. Albo Monice się wydawało, albo przeciskając się przez tłum zobaczyła wyrostka o niebieskich włosach. Większość czarownic, jak zauważyła, nosiła długie spódnice, szaty z szerokimi rękawami również były wszechobecne, u wielu czarodziejów wystawały spod nich koszule z żabotami lub zapięte pod szyją broszkami z ogromnymi kamieniami, nieliczni mieli aksamitki. Feeria barw była wszechobecna: złoto, szafir, granat, fiolet i srebro przeważały. Przed oczami migali jej również ludzie ubrani na szmaragdowo, niebiesko, a nawet na czerwono lub purpurowo, ktoś miał musztardową szatę, a do tego żółte buty. Czerń była rzadkim zjawiskiem, najczęściej nosili ja uczniowie Hogwartu, którzy już przebrali się w szkolne szaty. Ci nieliczni w normalnych strojach: dżinsach, swetrach lub żakietach musieli pochodzić z rodzin niemagicznych, takich jak jej.
Tata i Dedalus Diggle wnieśli kufer Monik do jednego z wagonów.
- Pociąg wygląda na całkiem zwyczajny - oznajmił Dudley Dursley, stając koło córki.
- Odkąd tylko w Wielkiej Brytanii ruszyła pierwsza linia kolejowa, przewozi uczniów do Hogwartu - wyjaśnił pan Diggle. - Niech już lepiej Monika wsiada, bo inaczej dawnym sposobem będę musiał odstawić ja do szkoły na miotle. A to spory kawałek - dodał, nie bez błysku rozbawienia w oczach.
- Słyszałam też o innych metodach dotarcia do szkoły - wtrąciła babcia i zwróciła się wprost do Moniki. - Tylko za bardzo nie wariuj w tej szkole i od razu po przybyciu tam przeczytaj regulamin. Nie chciałabym, żeby w domu pojawiła się sowa ze... skargą na ciebie. Robią stanowczo za dużo zamieszania.
- Bez obaw. - W końcu nawet z poprzedniej szkoły nigdy nie przyniosła pisemnej uwagi na swoje zachowanie.
- Och, moja wnusia nas opuszcza - jęknęła babcia i przycisnęła do siebie dziewczynkę.
- Przecież wrócę na święta. - Monika wyswobodziła się z jej objęć, pocałowała tatę w policzek na pożegnanie i wskoczyła do pociągu.
Rozległ się potężny gwizd lokomotywy, z komina wystrzelił obłok pary i pociąg pomału zaczął toczyć się po torach. Monika jeszcze przez chwilę stała przy szybce w drzwiach, machając do babci, taty i pana Diggle. Potem zniknęli jej z oczu. Podniosła klatkę z Harmidrem i sceptycznie spojrzała na swój kufer. Właśnie dlatego nie lubiła wyjeżdżać sama. Pierwsza próba ruszenia go z miejsca, zakończyła się niepowodzeniem. Od razu wiedziała, że jest za duży i zbyt ciężki dla tak kruchej jedenastolatki.
- Pomóc ci?
Z pierwszego przedziału wyszła szczupła dziewczyna w dżinsach i fioletowym swetrze. Mogła mieć trzynaście, albo czternaście lat. Jej kocie oczy były piwne, niemal złote. Jasne włosy ścięte do ramion i grzywka, sprawiały wrażenie jakby jej głowę okalała aureola.
- Jeśli dasz rady... - odparła Monika, patrząc na jej wątłą postać.
- Mam w tym trzyletnie doświadczenie - odpowiedziała dziewczyna. Podaj mi tę sowę.
Wzięła od niej klatkę z Harmidrem i zaniosła do swojego przedziału.
- A teraz pchaj - powiedziała wracając i wskazała na kufer.
Wspólnymi siłami udało im się jakoś ruszyć go z miejsca i ustawić między dwoma ławkami w przedziale zajmowanym wyłącznie przez dziewczynę.
- Nie będziemy go dawały na półkę bagażową - powiedziała wybawicielka Moniki. - Następnym razem poproś swoich opiekunów, żeby zrobili to za ciebie. Jestem Blanka White.
- Monika Dursley - przedstawiła się pospiesznie, ściskając dłoń swojej towarzyszki. - To o tobie musieli mówić ci chłopcy, na których wpadłam na peronie.
- Jacy chłopcy? - zapytała Blanka, która miała właśnie wrócić do lektury książki, leżącej na jej siedzeniu. - Dwóch czarnowłosych wyrostków?
- Tak - przytaknęła Monika, siadając przy oknie. - Jeden ma dość ciemną karnację, drugi rozczochrane włosy...
- A do twarzy cały czas mają przylepione debilne uśmiechy? - upewniła się dziewczyna.
Monika skinęła głową. Sama uśmiechnęła się na wspomnienie tych dwóch ancymonów.
- To na pewno James Potter i Ron Weasley - oznajmiła Blanka. - Straszne z nich pawiany.
- Chyba za nimi nie przepadasz - zagadnęła Monka. Bardzo chciała podtrzymać tę rozmowę.
- Nie o to chodzi - odparła panna White. - Po prostu działają mi na nerwy. Jesteśmy razem na trzecim roku w Gryffindorze. Mają wyjątkowo luźny stosunek do nauki i szkolnego regulaminu. Wiecznie rozbijają się po zamku z tą Ślizgonką, Amandą Groom. Z drugiej strony, ona jako jedyna jest w stanie nad nimi zapanować.
- Mówiąc Gryffindor, Ślizgonka... masz na myśli domy Hogwartu? - upewniła się Monika.
- Tak. Jesteś z rodziny mugolskiej?
Dziewczynka skinęła głową.
- Świetnie. Ja też - roześmiała się Blanka. - Ale odkąd dostałam list z Hogwartu, większość wakacji spędzam u ciotecznej babci, siostry mojego dziadka, która jest czarownicą. Wcześniej nigdy jej nie spotkałam. A wracając do tych dwóch ananasów, kuzynka Rona jest całkiem w porządku. Mogłabym nawet powiedzieć, że się przyjaźnimy.
- To dlaczego do Hogwartu jedziesz sama? - zapytała Monika, bo sytuacja nie była dla niej jasna.
Blanka uśmiechnęła się krzywo:
- Miałam nadzieję, że uda mi się do końca napisać wypracowanie z historii magii. Ostatnie dwa tygodnie wakacji spędziłam z rodzicami w Kornwalii. Już trochę się ze mną stęsknili. A zapomniałam tam zabrać podręcznika. Ciotka przywiozła go dzisiaj rano. - Wzruszyła ramionami. - Ale skoro ty się zjawiłaś i wyraźnie sobie nie radziłaś, postanowiłam ci pomóc. Pamiętam jeszcze jak to ja znalazłam się w zupełnie nieznanym świecie.
- Jeśli chcesz mogę zająć się sobą, siedzieć cicho i nie przeszkadzać - zaproponowała Monika.
- Nie jest to konieczne. Muszę dopisać tylko zakończenie, mogę to zrobić po uczcie powitalnej, albo po prostu znaleźć jakieś stare wypracowanie w bibliotece szkolnej, jeśli już jutro rano miałabym mieć historię. Profesor Binns od lat zadaje to samo.
Blanka White okazała się być wymarzoną towarzyszką podróży. Miła, uprzejma i spokojna, w dodatku doskonale rozumiała sytuację w jakiej znalazła się Monika. Aby ją uspokoić, odmalowała przed jej oczami obraz uczy powitalnej i Ceremonii Przydziału. Mówiła o starej tiarze, której zadaniem jest przydzielać uczniów do czterech domów: Gryffindoru, Ravenclawu, Slytherinu i Hufflepuffu. Podobno wystarczyło ją założyć na głowę, aby doskonale wiedziała co jest najsilniejszą cechą charakteru przymierzającego ją ucznia i gdzie najłatwiej będzie rozwijać mu talenty.
Potem skupiła się na opowiedzeniu Monice w jaki sposób ona dowiedziała się, że jest czarownicą.
- Ciotka Sarah zjawiła się u nas z profesor Sinistrą - opowiadała. - Znały się ze szkoły. Aurora Sinstra była wtedy zastępcą dyrektora i nauczała astronomii. Bardzo wymagająca, o gwiazdach wie chyba wszystko i potrafi zainteresować tematem. Jednak w rozmowach z nią zawsze odnoszę wrażenie, że nie przepada za swoja pracą. Sama nie wiem dlaczego, dla mnie te wszystkie tajemnice nieba są fascynujące. Nie wiem tylko, czy będzie uczyła również w tym roku. Z listu ze szkoły wynikało, ze teraz zastępcą dyrektora został Dulaine, profesor obrony przed czarną magią.
- Jeżeli w Hogwarcie każdy przedmiot wykłada tylko jeden nauczyciel, to astronomii będzie uczyła teraz pani Selena Riddle - odezwała się Monika, a na wspomnienie kobiety ogarną ją spokój i ciepło. - Była u mnie z listem.
- No proszę, może te dwa przymuły w końcu zaczną uważać na lekcjach - rzuciła Blanka. - Do tej pory nie uważali tego za konieczne. Profesor Sinistra jest ciotką, czy tam przybraną babcią Jamesa, więc pozwalała mu na nieco więcej niż innym. Właściwie, chyba jest macochą jego ciotki i matką chrzestną jego ojca, albo jakoś tak... W tych starych rodzinach czarodziejów wszystko jest skomplikowane. Mamy szczęście, że pochodzimy z rodzin mugolskich.
Uśmiechnęła się promiennie.
- Ale czy to nie skomplikuje nam życia? - zapytała niepewnie Monika.
- W szkole nie - zaśmiała się Blanka. - Już nie raz uczniowie tacy jak my udowodnili, że są lepsi w czarach od innych. Różnie może być z pracą. Ja na przykład marzę, aby pracować w Departamencie Międzynarodowej Współpracy Czarodziejów w Ministerstwie Magii...
Więc jest i Ministerstwo Magii...
- Teoretycznie jest to możliwe, ale trzeba zaczynać od bardzo niskiego szczebla, na przykład bycia gońcem i później pomału awansować. Ci z rodzin czarodziejów mają łatwiej. Znajomości i takie tam. Dostają się im lepsze posady.
Monika pomyślała, że to tak jak w normalnym świecie. Ten kto ma znajomości, ma w życiu łatwiej. Przynajmniej tak twierdził tata.
W porze drugiego śniadania przypomniało się jej, że ma jeszcze ostatnią czekoladową żabę. Tym razem na karcie był Harry Potter. Czarnowłosy mężczyzna po trzydziestce. O zielonych oczach za okrągłymi okularami. Przyglądał się jej z lekkim uśmiechem.
- Ojciec Jamesa - podpowiedziała Blanka, wskazując na ruchomą fotografię - przy odrobinie szczęścia, jak mówi moja ciotka, dziewiętnaście lat temu pokonał czarnoksiężnika, którego imię do dzisiaj wielu czarodziejów boi się wymawiać. Może dlatego James traktuje szkołę jak swoją własność. Ronald nie jest lepszy, dla odmiany jego ojciec i wuj, bracia bliźniacy, prowadzą na Pokątnej najlepszy sklep z gadżetami dla hogwarckich psotników. Większość z nich u się podlizuje, liczą na rabaty...
- Chyba przechodziłam koło tego sklepu - ucięła Monika. Nie chciała być nieprzyjemna, ale bardziej zainteresowała ją inna sprawa. - Co to był za czarnoksiężnik? Ten o którym wspominałaś?
- Dobrze, że o to pytasz - ucieszyła się Blanka. – Wojna czarodziejów, którą wywołał, jest jednym z moich ulubionych tematów. Wszystkie informację muszę zdobywać sama, bo profesor Binns, nauczyciel historii magii z Hogwartu, zatrzymał się na rebeliach goblinów w osiemnastym wieku i nic o tym co działo się później nie można od niego wyciągnąć. To duch więc pewnie nie interesują go sprawy, które wydarzyły się po jego śmierci...
- Duch?! - wyrwało się Monice.
- Tak.
- I mówisz to z takim spokojem?
- Oczywiście. Na pierwszej uczcie powitalnej doznałam lekkiego szoku, gdy zaczęły wyłaniać się ze ścian, ale po trzech latach przywykłam. I uprzedzam, gdybyś spotkała kiedyś Prawie Bezgłowego Nicka, nie pytaj go dlaczego jest tak nazywany. Uwielbia to demonstrować, a widok nie należy do  przyjemnych - uprzedziła.
Monika odnotowała to wszystko w pamięci. Blanka tymczasem już mówiła o dwóch wielkich wojnach czarodziejów z ubiegłego wieku z czarnoksiężnikiem zwanym Lordem Voldemortem - wypowiedziała to nazwisko bardzo cicho, jakby obawiała się, że ktoś to usłyszy. Mówiła o tym jak dążył do władzy, jak znikały różne osoby i jak mordował każdego, kto stanął mu na drodze do potęgi.
Opowiedziała jak popełnił ogromny błąd. Jak jego moc została złamana, gdy pewnej nocy chciał zabić wtedy nieco ponad rocznego Harry'ego Pottera. Wtedy matka chłopca, Lily, oddała życie ratując syna. Zapewniło to jej dziecku ochronę. Mordercze Zaklęcie ponoć odbiło się dziecka i ugodziło czarnoksiężnika. Ten jednak nie umarł. Powrócił czternaście lat później w dogodnych okolicznościach, aby dokończyć to co zaczął.
Mówiła o wielkiej bitwie o Hogwart, rozegranej w nocy z pierwszego na drugiego maja 1998 roku. O setkach rannych, o zabitych, o wielu czarodziejach, którzy ryzykując własne życie przybyli do zamku Hogwart, aby walczyć z czarnoksiężnikiem i jego sługami - śmierciożercami.
Za oknem zrobiło się już zupełne ciemno. Drobne krople deszczu spływały po szybie. Monika obserwując je i wsłuchując się w głos Blanki nie mogła oprzeć się wrażeniu, że to ta sama historia, którą opowiedział jej ojciec. Ten sam czarnoksiężnik i ta sama majowa bitwa. Nurtowało ją tylko pytanie, co w takim razie ona i jej rodzina mieli z tym wspólnego. Teraz jednak, musiało ono poczekać...

Kategoria: brak kategorii
tagi: